Wszystko zaczęło się już jakiś czas temu, a wypłynęło jakoś we wtorek, ze względu na łikendowy plenerek w Łodzi (by fotoplenery.eu).
Ale od początku.
Na jednym z blogów przeczytałem, że ktoś, gdzieś w sieci, napisał o czymś, co opublikował jeden taki, co publikuje podcasty o fotografii.
Eeeee... no dobra, to nie było zbyt czytelne.
To jeszcze raz.
Brooks Jensen publikuje podcasty (szczególnie ważny jest ten).
Andrew Ilachinski odniósł się do tej, ekhm, audycji(?) Brooksa, a Paul Butzi (który na marginesie wg mnie ostatnio stacza się ze swoimi zdjęciami) zjechał bohaterów przedstawionej w empetrójce sytuacji.
Rzeczona sytuacja wyglądała w skrócie tak:
Jensen i jego kumpel Joe Lipka fotografowali w parku. W pewnym momencie Joe, przy okazji odwiedzania informacji turystycznej został zagadnięty, co też on i jego przyjaciel porabiają. Po wyjaśnieniu, że są fotografami, zagadująca kobieta zaproponowała panom, by udali się do lokalnego bossa parku, który może być zainteresowany kupnem ich fotografii.
-- Ależ nie, nie! -- domyślam się, że odpowiedział grzecznie, machając ręką Joe -- Szanowna pani nic nie rozumie! Nie robimy tego typu zdjęć. -- dodał uśmiechając się uprzejmie.
-- Co też pan opowiada? -- skonsternowana kobieta popatrzyła na cały sprzęt fotograficzny, którym był obwieszony Lipka. -- To do czego używa pan tych urządzeń?
-- Widzi pani, my robimy zdjęcia rzeczy, które nie wyglądają jak rzeczy, którym robimy zdjęcia.
Po czym oddalił się, jak sądzę, z godnością i uśmiechem na twarzy, zostawiając oniemiałą kobietę przy jej stanowisku pracy.
Jakoś tak to zapewne wyglądało. Jensen twierdzi, że historia jest zabawna i zapewne wielu ze słuchających ma ten sam problem, gdy dochodzi do tłumaczenia, jakiego typu fotografie robią. Wiecie, w sumie mnie też trochę sytuacja rozśmieszyła.
Potem jednak wszedł na scenę Butzi.
Paul twierdzi, że sytuacja jest co najmniej mało śmieszna. Według niego dwaj panowie fotografujący postawili się w sytuacji Wielkich Artystów, którzy - przecież bez bezpośredniego dowodu założyli, że ich sztuka jest tak subtelna, że byle szef parku nie doceni jej wielkości, a co dopiero, żeby dzielić się tą sztuką z turystami!
Nie dosyć, że nie pokazują swoich fotografii, to jeszcze wprawiają w zakłopotanie biednych, niczego nieświadomych, ale pełnych dobrych chęci pracowników parku. Jednym słowem, zachowują się jak para aroganckich, nadętych buców.
Zresztą, wiele osób się z tą oceną zgadza.
Cała ta sytuacja umknęłaby mi, gdyby nie plener, o którym wspomniałem. Wróciłem z Łodzi bardzo późno (naprawdę bardzo), a przed wyjazdem małżonka poprosiła mnie, bym zrobił więcej niż jedno zdjęcie. Więc się starałem nie zawieść zaufania, wiadomo.
Istotnym wydaje się również, że żona studiowała kiedyś w Łodzi.
I teraz - wróciłem z pleneru, zacząłem skanować zrobiony film, po czym słyszę:
"Ciekawa jestem, czy Łódź którą sfotografowałeś będzie się zgadzać z moimi wspomnieniami sprzed lat".
I w tym momencie uszło ze mnie całe powietrze. Złożyłem uszy po sobie i przez chwilę nie wiedziałem co zrobić.
Oto dlaczego: Łódź, jaka jest na moich zdjęciach, jest... delikatnie rzecz ujmując... mało łódzka. Ba! Część zdjęć jest zrobiona wręcz niemały kawałek drogi od Łodzi, więc trudno, żeby rozpoznać na nich to miasto.
Gorzej! Zdjęcie pędzącego pociągu osobowego w świetle księżyca wcale się nie wydaje przedstawiać pociągu!!!
Czy to znaczy, że jestem takim właśnie aroganckim, nadętym bucem, skoro robię zdjęcia rzeczy, który nie wyglądają jak rzeczy, którym robię zdjęcia?
(przez Koluszki, Cielądz, Włoszczową)
w świetle księżyca
2008





















