piątek, maj 16, 2008

Jestem nadętym bucem?!

Wszystko zaczęło się już jakiś czas temu, a wypłynęło jakoś we wtorek, ze względu na łikendowy plenerek w Łodzi (by fotoplenery.eu).

Ale od początku.
Na jednym z blogów przeczytałem, że ktoś, gdzieś w sieci, napisał o czymś, co opublikował jeden taki, co publikuje podcasty o fotografii.

Eeeee... no dobra, to nie było zbyt czytelne.
To jeszcze raz.

Brooks Jensen publikuje podcasty (szczególnie ważny jest ten).
Andrew Ilachinski odniósł się do tej, ekhm, audycji(?) Brooksa, a Paul Butzi (który na marginesie wg mnie ostatnio stacza się ze swoimi zdjęciami) zjechał bohaterów przedstawionej w empetrójce sytuacji.

Rzeczona sytuacja wyglądała w skrócie tak:
Jensen i jego kumpel Joe Lipka fotografowali w parku. W pewnym momencie Joe, przy okazji odwiedzania informacji turystycznej został zagadnięty, co też on i jego przyjaciel porabiają. Po wyjaśnieniu, że są fotografami, zagadująca kobieta zaproponowała panom, by udali się do lokalnego bossa parku, który może być zainteresowany kupnem ich fotografii.
-- Ależ nie, nie! -- domyślam się, że odpowiedział grzecznie, machając ręką Joe -- Szanowna pani nic nie rozumie! Nie robimy tego typu zdjęć. -- dodał uśmiechając się uprzejmie.
-- Co też pan opowiada? -- skonsternowana kobieta popatrzyła na cały sprzęt fotograficzny, którym był obwieszony Lipka. -- To do czego używa pan tych urządzeń?
-- Widzi pani, my robimy zdjęcia rzeczy, które nie wyglądają jak rzeczy, którym robimy zdjęcia.
Po czym oddalił się, jak sądzę, z godnością i uśmiechem na twarzy, zostawiając oniemiałą kobietę przy jej stanowisku pracy.

Jakoś tak to zapewne wyglądało. Jensen twierdzi, że historia jest zabawna i zapewne wielu ze słuchających ma ten sam problem, gdy dochodzi do tłumaczenia, jakiego typu fotografie robią. Wiecie, w sumie mnie też trochę sytuacja rozśmieszyła.

Potem jednak wszedł na scenę Butzi.
Paul twierdzi, że sytuacja jest co najmniej mało śmieszna. Według niego dwaj panowie fotografujący postawili się w sytuacji Wielkich Artystów, którzy - przecież bez bezpośredniego dowodu założyli, że ich sztuka jest tak subtelna, że byle szef parku nie doceni jej wielkości, a co dopiero, żeby dzielić się tą sztuką z turystami!
Nie dosyć, że nie pokazują swoich fotografii, to jeszcze wprawiają w zakłopotanie biednych, niczego nieświadomych, ale pełnych dobrych chęci pracowników parku. Jednym słowem, zachowują się jak para aroganckich, nadętych buców.
Zresztą, wiele osób się z tą oceną zgadza.

Cała ta sytuacja umknęłaby mi, gdyby nie plener, o którym wspomniałem. Wróciłem z Łodzi bardzo późno (naprawdę bardzo), a przed wyjazdem małżonka poprosiła mnie, bym zrobił więcej niż jedno zdjęcie. Więc się starałem nie zawieść zaufania, wiadomo.

Istotnym wydaje się również, że żona studiowała kiedyś w Łodzi.

I teraz - wróciłem z pleneru, zacząłem skanować zrobiony film, po czym słyszę:
"Ciekawa jestem, czy Łódź którą sfotografowałeś będzie się zgadzać z moimi wspomnieniami sprzed lat".
I w tym momencie uszło ze mnie całe powietrze. Złożyłem uszy po sobie i przez chwilę nie wiedziałem co zrobić.

Oto dlaczego: Łódź, jaka jest na moich zdjęciach, jest... delikatnie rzecz ujmując... mało łódzka. Ba! Część zdjęć jest zrobiona wręcz niemały kawałek drogi od Łodzi, więc trudno, żeby rozpoznać na nich to miasto.
Gorzej! Zdjęcie pędzącego pociągu osobowego w świetle księżyca wcale się nie wydaje przedstawiać pociągu!!!
Czy to znaczy, że jestem takim właśnie aroganckim, nadętym bucem, skoro robię zdjęcia rzeczy, który nie wyglądają jak rzeczy, którym robię zdjęcia?


Osobowy relacji Berlin-Pekin
(przez Koluszki, Cielądz, Włoszczową)
w świetle księżyca
2008

Read More...

czwartek, maj 15, 2008

Grand Press Photo

Autor: Robert Kresa

Grand Press Photo rozdane.

Tradycyjnie już Tomasz Gudzowaty w czołówce. Co ciekawe - widać pierwsze eksperymenty z wielkim formatem. O całości konkursu nie bedę się rozpisywał.
Wszelkie konkursy fotograficzne wydają mi się bezsensowne. W odróżnieniu od dyscyplin ścisłych, gdzie efekty są obiektywnie mierzalne, nie pokazują mi jakie zdjęcia są najlepsze w danym roku a jedynie, które fotografie podobają się garstce ludzi, którzy je oceniają.
Tak więc - de gustibus non est disputandum (czy też - de gustibus non disputandum est, jak twierdzą inni).
Jednakże z racji miejsca, gdzie piszę i mojej sympatii do kwadratowych kadrów, chciałbym zwrócić Wasza uwagę na jedno zdjęcie:


Autor: Damian Kramski, „Gazeta Wyborcza Gdańsk"
Zagórki, popegeerowska wieś. 30 kwietnia 2007


W burzliwej fotograficznej dyskusji, w której uczestniczyłem jakiś czas temu, usłyszałem, że nie fotografuje się już w ten sposób.
Nie robi się prostych zdjęć, bez żadnych niepotrzebnych technicznych sztuczek, bez zapierających dech photoshopowych super efektów, bez efektywnego dynamizowania szerokim kątem.
One nie wnoszą niczego nowego. Widzieliśmy już tysiące podobnych.
Tym bardziej podziwiam pana Damiana, ze używając klasycznych metod, "we własnym ogrodku", nie wyjeżdzając w egzotyczne miejsca, potrafł jednym oszczędnym ujęciem uchwycić...

Read More...

wtorek, maj 13, 2008

Świat Obrazu, czyli Biuletyn

Chciałem się pochwalić, że kupiłem najnowszy numer Biuletynu Fotograficznego, który zresztą nazywa się już przecież Świat Obrazu... Chciałem napisać, że niezły numer, choć drogi. Chciałem zachęcić do przeczytania wywiadu z Jindřichem Štreitem, który jest skądinąd bardzo sympatyczny...
Widzicie - byłem pełen dobrych i pozytywnych zamiarów. Aż do momentu, gdy zajrzawszy na stronę główną Biuletynu, ujrzałem, że numer, który kupiłem - wcale, ale to wcale - nie jest najnowszym.

Pozwolę sobie więc nie napisać nic więcej ponad to, co napisałem.

Read More...

niedziela, maj 11, 2008

Subtelny geniusz, czyli nauka na błędach

W pewnym momencie, w wyniku jakiegoś dziwnego zrządzenia losu, razem z Keekiem znalazłem się na plenerku. Było już mocno po zachodzie, a my wracaliśmy do domów. Nie mieliśmy zrobionej ani jednej klatki, więc miny były nieciekawe. Mieliśmy jednak nadzieję (podobno ona umiera ostatnia) - otóż plan zakładał, że po drodze "cykniemy" pewien stary młyn.

I owszem, zajechaliśmy na miejsce, a na owym miejscu stał młyn.

Warunki pogodowe - mizerne. Księżyc miał wzejść za jakąś godzinę czy dwie (albo jeszcze później). Chmurek - jak na lekarstwo; tyle jednak, że przy długich ekspozycjach trudno zauważyć gwiazdy.Ciemno i zimno. Jednym słowem - wszystko przeciw nam.

Jednak determinacja fotografa bywa wielka - wyszliśmy i narażając życie zeszliśmy nad wodę i Straszny Młyn. Ponieważ było ciemno jak w... ciemni (a nawet ciemniej), to przy pomocy latarki zaczęliśmy szukać kadru. Zadanie było o tyle utrudnione, że jakieś zdjęcie było już tam przez jednego z nas uprzednio zrobione - a wiecie, jak to destrukcyjnie wpływa na Ego. ;)
Łazimy po tych chaszczach, i w konsternacji przestaliśmy się na chwilę nawet do siebie odzywać.

Czy Wy w ogóle zdajecie sobie sprawę z tego, jak bardzo to była stresująca sytuacja, do licha???
Raz, że nie mamy ani jednego zdjęcia z plenerku, dwa, że pogoda do dupy, trzy, że już jedno zdjęcie w tym miejscu powstało, a do tego przerażający, rozpadający się Stary Młyn!

No dobra - właśnie w tym momencie, kiedy chciałem powiedzieć "Nic z tego, wracamy", rozległ się dźwięk silnika w oddali, zamajaczyły światła i zza rozpadającej się bryły z desek tworzącej młyn wyłonił się samochód. Po czym spokojnie pojechał sobie dalej. Stałem, a w głowie grały mi dzwoneczki. Znalazłem kadr!!!
Światła samochodu wyłaniającego się zza budynku powodowały, że cała scena przez krótką chwilę emanowała jakimś napięciem. Bardzo subtelnym, bardzo tajemniczym, ledwo uchwytnym. Ale było tam!

Okej, poleciałem po statyw do bagażnika. Pomierzyłem światełko, rozstawiłem się i zacząłem drapać po głowie. Ciemność wokół była tak gęsta, że mimo niedalekiej lampy z tyłu, czas naświetlania wynosił ponad 22 minuty przy szeroko otwartej dziurze (F/4) i filmie ISO400.

Teraz pytanie za 5 punktów - jak uchwycić tą krótką chwilę, gdy samochód wyłaniając się zza zakrętu z tyłu budynku oświetla barierkę i nadaje scenie szczyptę magii?

Cóż, trzeba liczyć na trzymany w pogotowiu dekielek, trochę refleksu i przychylne spojrzenia bogów. Tak swoją drogą, to uważam, że wśród panteonu bóstw powinno być jedno od fotografii (i byłaby to kobieta).
Jak się pewnie niektórzy domyślają plan był następujący:

  • ustawiam kadr i przygotowuję się na długą ekspozycję;
  • migawkę zwalniam w momencie jak pierwszy nadjeżdżający samochód zaczyna oświetlać drogę z tyłu młynu (nie wcześniej, bo największe znaczenie mają pierwsze sekundy naświetlania) i trzymam przez następne dwadzieścia kilka minut;
  • tuż przed wyłonieniem się jadącego auta zza rogu budynku zakładam dekielek na obiektyw, żeby światła samochodu nie padły prosto w mordkę szkła;
  • w międzyczasie podtrzymuję ciepłotę ciała skacząć, robiąc przysiady i pokrzykując do kolegi, który rozstawił się niżej - a co najważniejsze, wznoszę modły do bogów, żeby samochodów było więcej niż jeden, bo inaczej cienko to widzę.

Wspaniały plan, prawda?

To miało być genialne zdjęcie.

W międzyczasie przejechały 3 samochody we właściwą stronę plus jeden w niewłaściwą. Stresowałem się za każdym razem, jak przejeżdżały - wiecie, to zasłanianie obiektywu to jak robienie jakichś sztuczek magicznych.
Czułem się jak Sztukmistrz. Z Lublina.

Cóż powiedzieć - myślę, że popełniłem jeden zasadniczy błąd. Bo wiecie, to zdjęcie jest, powiedzmy, zbyt subtelne, by można było w nim od razu zauważyć ten ukryty geniusz, który przecież na pewno tam jest.

Myślę, że trochę odpuściłem kwestię odpowiedniego zaakcentowania pierwszego planu. Gdybym z tych barierek mostku nie zrobił jednej linii...
Wiecie, nie zaniedbujcie pierwszych planów. One są bardzo ważne. Nawet, gdy dzwoneczki Wam zadzwonią w głowie, uważajcie, by nie zignorować całej reszty. Bo bogowie są kapryśni, i bardzo nie lubią jak ktoś jest niedbały.

To już koniec tej historii. Zdjęcie Keeka możecie obejrzeć na jego stronie.

Stary Młyn
2008

Read More...

piątek, maj 09, 2008

Szampan i Krew

Oczywistym było, że jak taka książka się pojawia na polskim rynku, to muszę ją mieć.

Przeczytałem - i muszę powiedzieć, że... to dobra książka. Wiecie, Capa był barwną postacią - taką, że można o nim pisać biografię, którą się czyta jak thriller.

Może to kwestia mojego odbioru, ale mimo tych wszystkich śmiesznych, wesołych, a szczególnie - ciekawych sytuacji, opisującego tego niezwykłego fotoreportera... bardzo smutno mi się to czytało.
Kiedyś już pisałem o tego typu ludziach - takich, którzy muszą robić zdjęcia, malować obrazy, czy jakkolwiek inaczej przepuszczać przez siebie świat. Capa był takim człowiekiem.

Świetny człowiek, naprawdę. Niewykluczone, że fajnie byłoby go spotkać. Ale od początku widać, że było mu pisane umrzeć młodo. Tacy ludzie nie żyją długo.

A tam, nie chce mi się więcej pisać - książkę warto przeczytać. Naprawdę.

Mała notka również u "koleżanki po fachu".

Read More...

środa, maj 07, 2008

Ciężki palec

Autor: Robert Kresa

Stało się. Od czwartku klnę jak szewc. Poza ułomnościami fizycznymi, które w głównej mierze męczą tylko mnie i skrzywieniami psychicznymi, przez które cierpieć musi moje otoczenie, dopadła mnie choroba ciężkiego palca.
Nie znam terminologii medycznej. Mówiąc prostymi słowami, dolegliwość owa charakteryzuje się nagłymi skurczami palca wskazującego. Dokładnie tego, którym naciskamy spust migawki.

To dosyć powszechne schorzenie dotyka codziennie tysiące fotografów, którzy - nie chcąc porzucić swojego hobby albo co gorsza pracy - ratują się kupując coraz szybsze aparaty i pojemniejsze karty pamięci. Wyobraźcie sobie jaki to koszmar. Jedziecie sfotografować talerz zupy do restauracji w luksusowym hotelu i cyk, cyk, cyk, cyk, cyk, cyk... Przeleciało sześć klatek.
Co za wstyd!
Goście hotelowi patrzą na was jak na wybryk natury.

Robicie piękny widoczek z zachodzącym słońcem w tle - cyk, cyk, cyk, cyk... - jedna sekunda skurczu to dziewięć klatek w waszej najnowszej lustrzance. By podbudować równowagę psychiczną wybieracie coraz trudniejsze tematy - tańczące na lodzie gwiazdy, gwiazdy szalejące w cyrku, czy też gwiazdy tańczące z gwiazdami. Możecie chwilę odetchnąć - tutaj dzieje się tyle, że ciągłe klapanie lustra nikogo nie dziwi. Wracacie do redakcji i rzucacie fotoedytorowi zawartość karty na monitor. Słyszycie jak marudzi. Czepia się, że powinniście wybrać z pięciuset zdjęć te ciekawsze, te które będą pokazywały waszą pracę z jak najlepszej strony. Jesteście nieugięci - nie macie czasu, chcecie odpocząć. Nie wiecie tylko, że fotoedytor cierpi na syndrom błędnego oka i wybierze z waszej twórczości, co dziesiąte losowe zdjęcie, z których pierwsze ostre pójdzie do druku.

To tyle, jeśli chodzi o łagodną odmianę choroby - typ A. W moim przypadku jest trochę gorzej. Mam typ B. Różni się od typu A tym, że jest bliższy tikom nerwowym. Trzymam palec na spuście i kadruję zdjęcie. Widzę w celowniku akcję, czekam na odpowiedni moment a tu - cyk - skurcz, i zdjęcie zrobione. Boli bardzo. Jest wstydliwe jak przedwczesny... Przepraszam. To naprawdę nieprzyjemne uczucie. Zobaczcie sami:



Z prawej strony kolejka po piwo, kobieta z psem z lewej, a po środku mężczyzna przy kałuży. Wiedziałem, że będzie skakał. Czułem to.
Kiedy zbliżył się do krawędzi dostałem skurczu. Sekundę za wcześnie.
Sekundę później miałbym pana w locie!
W przypadku typu A i posiadania aparatu z motorkiem, miałbym szansę na zdjęcie. Niestety, kiedy naciągnąłem już film i migawkę, pan stał grzecznie w kolejce.

Po powrocie do domu zacząłem przeglądać ceny cyfrowych lustrzanek. Jeśli więc nie macie ochoty na podobne "przyjemności", zaszczepcie się czym prędzej.

Read More...

poniedziałek, maj 05, 2008

Deszcz. Ulica. Fotografia.

Z lewej: "One leg"

Niezbyt lubi o sobie rozmawiać.
Lubi za to słuchać Ludzi Ulicy.
-- Wiele się uczę o życiu słuchając historii opowiadanych przez bohaterów moich zdjęć -- mówi. -- Samo słuchanie potrafi czasem stworzyć atmosferę zaufania między mną a nimi, co bywa bardzo przydatne. Ale są też momenty, gdy robię zdjęcia w absolutnej ciszy; w niektóre dni chodzę całymi godzinami, odwiedzam podziemia, centra handlowe... Bywa przecież, że robię też zdjęcia w miejscach dość "problematycznych" (narkotyki, prostytutki, itd.)...

"Into the light"

Fotografuje codziennie - chyba, że jest już naprawdę zbyt zmęczony, czy chory. Wtedy robi małą przerwę. Potem znowu bierze aparat do ręki i idzie, na pieszo, rejestrować po swojemu ulicę.
To, ile zrobi zdjęć, nie ma większego znaczenia - ale przecież wciąż są wokół jakieś sytuacje, inspiracje, jakieś nowe spojrzenie, coś, co można złapać w kadr.

"Raining cats and dogs #2"

"Street music"

Rui Palha.

Pytanie o zrobione przez siebie ulubione zdjęcie chyba go trochę zaskoczyło - powiedział, że nie potrafi wybrać takiego.
-- Wszystkie są dla mnie specjalne -- wyjaśnił. -- Każde z nich odbija jakąś znaczącą dla mnie chwilę w życiu.

"Hot days"

Rui urodził się w Portugalii w 1953 roku. Od 1967 robił trochę zdjęć, by w 2001 przysiąść i skupić się na tzw. "street photo".
Przyznaje, chyba nikogo tym nie zaskakując, że najwięcej czerpie z prac trzech fotografów: Henri'ego Cartier-Bresson, Elliota Erwitta i Doisneau.

"Wet jump"

-- Myślę, że niewłaściwym byłoby mówienie więcej o mnie. Niech to, co robię, ocenią inni ludzie.

Rui Palha - dlaczego o nim?
Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie jego zdjęcia w deszczu.
Niesamowite wrażenie zrobiły też te, na których widać, że fotograf i światło tworzą zgrany duet.

"Just a day afternoon..."


Wszystkie zdjęcia/All photographs: Rui Palha.

Read More...